poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Kocia niespodzianka

Lubię niespodzianki, a miłe niespodzianki od przyjaciół, to już pasjami :-) Ostatnio taką niespodziankę sprawiła mi Qd, która obdarowała mnie koszulką ozdobioną kopią jednej z moich wycinanek. A Smok dostał taką samą, tylko większą i w formie klasycznego T-shirta, ale nie lubi się pokazywać publicznie, więc muszę wystarczyć wam ja i prototyp, czyli Staszek, który nie chciał pozować do fotografii.
Koszulka jest świetna i zwiedziła już ze mną kawałek Polski. Dziękuję Qd, bardzo :-* PS: Blogger ostatnio mnie denerwuje strasznie - zarówno nowym, wybitnie nieprzyjaznym użytkownikowi interfejsem, jak i mailami, w których grozi mi, że jeśli nie przestawię logowania na maila na koncie Google, to po 30 maja stracę dostęp do swojego bloga, więc spodziewajcie się w najbliższym czasie, że Herbimania wyemigruje stąd na dobre.

piątek, 20 kwietnia 2012

jestem, a jakby mnie nie było i urocze parasolki

Dostałam duże zlecenie tłumaczeniowe, na wczoraj... do połowy maja będę więc żyć jak zombie - praca, sen, praca, ale powinno mi się to opłacić finansowo :-) Wybaczcie więc ciszę na blogu, a na weekend polecam wam przepiękny wzór wykopany na Ravelry. Bardzo żałuję, że intarsje są dla mnie wciąż czarną magią, bo marzy mi się ten szary wariant z bordowymi parasolkami - wyjątkowo uroczy :-)

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Dyrdok, czyli dyktatura prostokątów


Wszystkim, którzy nie mieszkają w Pyrlandii należy się wyjaśnienie „dyrdok”, to w gwarze poznańskiej luźna, szeroka spódnica lub suknia, ale czasem termin ten rozszerzany jest na każdy luźny i dość bezkształtny ubiór. I takiego „dyrdoka” właśnie popełniłam. Z włóczki boucle kupionej na Allegro za bardzo niewygórowaną cenę. Ale nie narzekam – taka włóczka idealnie nadaje się do tego typu wzorów, coś przylegającego do ciała o jasno zdefiniowanej linii by z boucle nie wyszło.


Zasadniczo to ”dyrdok” składa się z samych prostokątów, jednego dużego z otworami na ręce i dwóch mniejszych, które tworzą rękawy, wszystko układa się dość miękko i przypadkowo i całkiem mi się podoba. Zdjęcia są „bezgłowe”, bo jakoś mało świątecznie się dziś prezentowałam ;-)


Tak się rozpędziłam z tymi prostokątami, że przy okazji uszyłam sobie poncho – ale nie ma czego pokazywać, bo to czarny prostokąt z tkaniny wełnianej ze srebrną spinką przy szyi ;-)

niedziela, 8 kwietnia 2012

uwielbiam leniwe poranki...


...gdy nigdzie nie trzeba się spieszyć i nic nie trzeba robić - zwłaszcza, że po świętach czeka mnie miesiąc bardzo intensywnej pracy i takie momenty będą należeć do rzadkości. Tymczasem skończyłam jeden dziergany projekt - muszę go zeszyć i poczekać na pogodę umożliwiającą obfocenie, ale na pewno wkrótce się pochwalę.

wtorek, 27 marca 2012

słodzieńcy...



Pulpecja i Staszek tak się pięknie dziś czulili, że nie sposób było tego nie uwiecznić. Mam nadzieję, że i wy obejrzycie ich z przyjemnością :-) Pulepcja czuje się dobrze - wyniki cały czas oscylują w granicach normy i nie możemy ich zbić całkiem, więc na razie operacja dentystyczna wykluczona, ale kota ma apetyt i używa życia, więc na razie zbytnio się nie martwię. Gdyby ktoś pytał, gdzie była Mantra, to leżała zwinięta w kłębek za grubkami - jest taka malutka, że jej nie było zza nich widać ;-)



czwartek, 22 marca 2012

O jeden wyrzut sumienia mniej…



Nareszcie spadł mi kamień z serca – skończyłam prezent ślubny dla mojej „trajbowej siostry”. Żeby nie było za różowo, to pierwsza rocznica jej ślubu minęła jesienią zeszłego roku. No tak – stanowczo przeliczyłam się z siłami i jak zwykle okazało się, że dobrymi chęciami wybrukowano piekło. Szydełkowałam to cudo około 1,5 roku. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że w tzw. międzyczasie w moim życiu było sporo zawirowań i długie okresy, kiedy zwyczajnie nie miałam czasu szydełkować. Ale ostatecznie się zmotywowałam i chyba nie wyszło źle. Nowa właścicielka w każdym razie wyglądała na zadowoloną.


Obrus ma wymiary ok. 140 x 90 cm, zasadniczy wzór to koronka irlandzka (o ile mi wiadomo pochodzi jeszcze z czasów wiktoriańskich), border dobrałam „na oko”, żeby pasował do reszty.


Zużyłam na niego 3 kłębki i ciutkę Muzy produkowanej przez Ariadnę (szydełko 0,9 mm). To bardzo przyjemna, bawełniana nitka 30 tex x 4, niezbyt sztywna i nie za miękka. W sam raz. W dodatku facebookowa mądrość zbiorowa uświadomiła mnie, że wykrochmalić toto można w gotowym krochmalu, co też uczyniłam i wyszło w sam raz.


Jeśli myślicie, że po tej „wpadce” z terminem wykonania ma dość szydełkowania, to się mylicie – po głowie chodzi mi spódniczka ołówkowa z podwyższonym stanem, której wierzchnią warstwę wykonano właśnie w techniczne Irish crochet. I jeszcze nowe firanki do kuchni… No nic, zobaczymy, jak to się rozwinie ;-P

piątek, 2 marca 2012

i się złamałam...

Biję się w pierś, nie wytrzymałam i po roku bycia grzeczną dziewczynką kupiłam włóczkę na Allegro. Rok temu przysięgłam sobie, że nie kupię nic nowego, zanim nie zużyję starych zapasów. Zapasów jeszcze trochę zostało, nie powiem. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że obie nowe włóczki zostały zakupione pod konkretne projekty i nie był to wyłącznie niekontrolowany odruch kolekcjonerski ;-)


Pierwsza to włóczka boucle, sól z pieprzem. Jest sztuczna, ale szukałam właśnie takiej włóczki na sweterek „niezniszczalny”, takie dyżurne dziergadło, które można narzucić na plecy, gdy trzeba szybko wybiec po zakupy. Mam zamiar zamienić ją w płaszczyk z dość szerokimi rękawami i fikuśnym dekoltem (o ile mi wyjdzie). Jest tego kilogram, więc podejrzewam, że pewnie starczy jeszcze na coś. Jedynym mankamentem jest fakt, że włóczka chyba dotychczas przebywała w jakimś starym magazynie, bo potwornie śmierdzi starym kurzem i piwnicą. Na razie drugi dzień wietrzy się na balkonie i jest lepiej. Nie mogę jej wyprać wstępnie, przed dzierganiem, bo obawiam się, że bouclowa włóczka by się splątała na amen.


W drugiej włóczce się zakochałam od pierwszego wejrzenia – 50% bawełny, 50% „jedwabiu” wiskozowego. Cieniuteńka, na druty nr 2-2,5 i ten kolor – przepiękne połączenie bieli, błękitu, morskiej zieleni, granatu i jasnej zieleni, wszystko z subtelnym połyskiem. Przypomina mi spokojne wody egzotycznej laguny lśniące w świetle słońca i nie mogę się doczekać, żeby coś z tego zrobić. Po głowie chodzi mi powiewny, letni płaszczyk noszony do długiej, białej, lnianej sukni o linii A. Przy tak cienkiej nitce będę zapewne dziergać go przez lata, ale co tam – na pewno powstanie ;-P

Powrót do drutów coraz wyraźniej rysuje się na horyzoncie, ponieważ do dokończenia wiktoriańskiego obrusu szydełkowego zostało mi raptem 5 elementów (i plisa, i zaszycie nitek w ponad stu kwadracikach).

PS: Czytałam wasze doniesienia na temat akcji „2012 km w 2012” i wszystkim serdecznie gratuluję – jestem z was bardzo dumna!!!