wtorek, 8 lipca 2008

fuzja, która nie wystrzeli ;-)


Wczoraj w sklepie jakaś nieznana siła przyciągnęła mnie do wielkich lodówek z mrożonkami, ta sama siła kazała mi wyciągnąć dłoń i wyłowić z mroźnych czeluści paczkę krewetek średniej wielkości, 500 g, obranych ;-P I było wiadomo, że po prostu muszę na obiad uraczyć się tymi niewinnymi dzięsięcionogami z infrarzędu Caridea.
Uwielbiam krewetki i jadłam je już w najróżniejszych kombinacjach i konfiguracjach, jednak na własny użytek przyrządzam je najprościej, jak się da - zwłaszcza, gdy mam do dyspozycji świeże krewetki, których szkoda psuć zbyt dużą ilością składników. Mój przepis to taka fuzja smaków azjatyckich z południowoeuropejskimi. Czechow mówił, że jeśli w pierwszym akcie sztuki pojawia się strzelba zawieszona na ścianie w pokoju, to w ostatnim musi wystrzelić. Moja nie strzela, choć powala moje kubki smakowe ;-)
Do rzeczy. Na jedną niezbyt głodną osobę biorę ok. 250 g krewetek. Powinny być obrane z pancerzyków (ale ogonki trzeba zostawić, żeby było za co chwytać podczas konsumpcji) i "wyżyłkowane" z tych czarnych niteczek (przewodu pokarmowego, to uwaga dla tych mniej "obrzydliwych"). Biorę jedną papryczkę chili, nie z tych "atomowych", średnio ostrą i kroję w bardzo cieniutkie pasterki mniej więcej połowę (wszystko zależy od wielkości krewetek i papryki, pamiętać jednak trzeba, że chcemy dodać jedynie powiew pikantności, ostrość w żadnym razie nie powinna stłumić delikatnego smaku krewetek). Następnie obieram 3 niezbyt duże ząbki czosnku i drobniuteńko je siekam. Kilka plasterków świeżego imbiru również drobno siekam, albo ścieram na tarce. W garnku rozgrzewam oliwę z oliwek extra vergine (wiem, że w Polsce mówią, iż smażenie na oliwie extra vergine to marnotrawstwo, ale uwierzcie mi, Włosi się w ogóle tym nie przejmują i smażą raźno, natomiast ja pozwalam sobie na takie ekstrawagancje w uzasadnionych przypadkach - krewetki to jeden z nich - i nie żałauję tej oliwy, oj nie ;-) Gdy oliwa w garnku dobrze się rozgrzeje, wrzucam na nią chili, czosnek i imbir i błyskawicznie podsmażam (kilka sekund). Zapytacie, dlaczego w garnku, a nie na patelni? Ano dlatego, że te głupie krewetki pryskają na całą kuchnię, a ja nie lubię sprzątać tłustych śladów, a poza tym w garnku łatwiej tworzy się sos. Wracamy do gara - dorzucam krewetki - jak mam to świeże, jak nie mam to zamrożone. Gdy chce mieć dużo sosu, to wrzucam je jeszcze zamrożone, gdy nie, to najpierw je rozmrażam. Płomień na full i przykrywam garnek pokrywką, żeby rzeczonego tłuszczu nie zeskrobywać później z karnisza, lampy oraz Stanisława, który już siedzi za mną i jęczy, że on też chce krewetkę. Kot dostaje, co mu się należy, bo nie mam serca z kamienia i triumfalnie wynosi swojego skorupiaka w pysku, wlecze go po całym mieszkaniu, aby później cichcem pożreć w kątku, smakowicie chrupiąc krewetkowym ogonkiem. Ten czas wystarcza, aby krewetki doszły. Naprawdę potrzebują paru minut. Czekam tylko tyle, aby straciły surowość, a sos powstały z oliwy i wody z krewetek się zagęścił (naturalnie w przypadku krewetek mrożonych po chwili trzeba zdjąć pokrywkę z garnka i dość solidnie je odparować, inaczej sos będzie miał bardzo wodnistą konsystencję).
I już - wyrzucam krewetki i sos na talerz i podaję z kawałkiem świeżej bagietki i kieliszkiem zimnego, białego wina. I jeszcze jedno - pod karą chłosty zabrania się spożywania tej potrawy widelcem, pałeczkami, łyżką itd. Jej prawdziwy smak i aromat można docenić jedynie chwytając palcami za ogonki krewetek, pozwalając, aby sos spłynął nam po palcach, oblizując je, maczając kawałki bagietki w sosie, nabierając nią kawałki czosnku i imbiru i w ogóle, jedząc wbrew wszelkim zasadom etykiety, za to zgodnie ze wszelkimi zasadami smakoszostwa. Uważni czytelnicy zapytają: A co w takim razie robi ten widelec na zdjęciu? Jest tylko jedna okoliczność łagodząca dla użycia widelca - gdy masz dużo sosu, a mało bagietki i widelcem można ją lepiej namoczyć w sosie ;-)

4 komentarze:

Brahdelt pisze...

O, i to jest bardzo słuszny przepis na krewetki! Też uwielbiam! *^v^*
Ostatnio moja kicia mnie zaszokowała, bo odmówiła spożywania świeżutkiego łososia!... (miałam skrawki podczas oprawiania tego w zeszłym tygodniu).

sekutnica pisze...

nie masz litosci ...

antosia pisze...

Muzyka i owoce morza, to rozumiem :))

anavilma pisze...

Eh, na takie krewetki to bym sie do Ciebie chetnie kiedys wprosila ... Czemu tak daleko mieszkasz, Herbi ?