czwartek, 10 lipca 2008

o pokusach nieodpartych...


Wyskoczyłam dziś do sklepu włóczkowego po druty i nieopatrznie weszłam do księgarni z tanią książką. Mam ambiwalentne odczucia zawsze, gdy tylko tam wchodzę. Bo uwielbiam książki i cieszę się, kiedy za skromny budżet mogę ich kupić więcej, jednak z drugiej strony jest coś niezwykle zasmucającego w tym, że książki zalegają na półkach, a ich ceny są wciąż obniżane, aby się ich "pozbyć".
Książki nie powinny leżeć na półkach, powinny być czytane, inaczej są martwe. Dlatego ilekroć znajduję się w takim miejscu, mam ochotę zabrać je wszystkie do domu i czytać, czytać, czytać.
Książki są dla mnie jak skrzynie ze skarbami wyłowione z morza - nigdy nie wiesz, co ukaże się po podniesieniu wieka - setki złotych luidorów, a może obgryziona do kości czaszka pirata, a może tylko garść śmieci. Lubie stać przy ladach w księgarni, brać książki do ręki, wczytywać się w teksty na okładkach, czuć zapach papieru i druku i wyobrażać sobie, gdzie mnie przeniosą podczas lektury. Dzięki nim mogę doświadczyć emocji, których być może nigdy nie dane mi będzie poznać w realnym życiu lub których nigdy nie chciałabym poczuć na własnej skórze. Czasem dostarczają "miniobjawienia", gdy nagle czytam, jak ktoś oblekł we właściwe słowa coś bardzo ważnego, co tkwiło we mnie od zawsze, ale czego sama wyrazić nie potrafiłam.
Chyba z tej miłości do książek tyle lat pracowałam w wydawnictwie - gdy stres sięgał granic zaszywałam się w magazynie ;-) A wszystko przez mojego Tatę chyba. Tato miał nabożny stosunek do książek i kupował mi je odkąd pamiętam. Mama zadbała o to, abym w wieku 5 lat umiała już samodzielnie czytać proste teksty (lubiłam rysować, Mama pisała mi literki na wzór, a ja starałam się powtórzyć jej ruchy, a że byłam ciekawska jak kot, to oczywiście chciałam wiedzieć, co rysuję ;-). A Dziadziuś, który wracał z fabryki o 15:00, sadzał mnie na kolanach i codziennie prosił, żebym przeczytała mu gazetę. Wiadomo, że nie wiedziałam, co czytam, ale nieodmiennie wzbudzałam zachwyt dziadka. Zachwyt ten wyrażał się w... kiełbasie ;-) Dziadek sięgał do spiżarki po suszoną kiełbasę i z namaszczeniem odkrawał dla mnie mały kawałek. Czułam się jakbym dostała Nobla, a nie zuchelek wędliny ;-) A później, w podstawówce, całe popołudnia spędzałam pomagając w szkolnej bibliotece przesympatycznej pani bibliotekarce i czytając i wkrótce zabrakło mi nowych książek.
I wiecie co ?- podziwiam wydania piękne pod względem edytorskim, ale jestem koneserem treści. Wolę takie książki, których nie żal mi zabrać do autobusu, czy pociągu, zostawić omyłkowo na jakimś parapecie, czy puścić w obieg wśród znajomych wiedząc, że prawdopodobnie nigdy do mnie nie wrócą.
Ale się nostalgicznie zrobiło - koniec dygresji - teraz konkrety. Kupiłam "Ilustrowany kurs kroju i szycia", ponieważ wciąż nie tracę nadziei, że kiedyś w końcu zacznę szyć ;-P Druga to "Czasami wielka chętka" Kena Keseya, którego styl narracyjny bardzo lubię. Zaczęłam ją czytać w autobusie i zapowiada się interesująco - amerykańska saga rodzinna, bardzo takie lubię. "Pani mego serca" Josepha Gangemi - autor bliżej mi nieznany, ale fabuła zapowiada się ciekawie. Początek XX wieku, spirytyzm, hipnoza i naukowiec, który zakochuje się w medium. I "Czara wyroczni" Judith Merkle Riley. Tu zaciekawił mnie temat. Miałam kiedyś fazę fascynacji absolutnej historią czarownic i procesów o czary, a "Czara wyroczni" opowiada w sfabularyzowanej formie o słynnej Marie Bosse, XVII-wiecznej wiedźmie i trucicielce.
Tylko kiedy ja znajdę czas na czytanie???

4 komentarze:

antosia pisze...

Herbi to co piszesz też się dobrze czyta:))

Fiubzdziu pisze...

Z wielkim żalem muszę się z Tobą zgodzić :( zazwyczaj jak czytam ksiązki w autobusie, to ludzie się na mnie dziwnie patrzą, bo czytanie teraz nie jest modne. I niestety muszę powiedzieć, że książki są drogie, a takiej taniej księgarni jeszcze nie znalazłam u siebie. Na szczęście mam Ciocię, która prezentuje mi różne pozycje, i to z nią rozmawiam o książkach. szkoda tylko, że nie dyskutujemy, bo mamy taki sam gust :)

anna pisze...

tez uwielbiam czytac..noca w lozku z latarka..mama wchodzila do pokoju ii mnie przylapywala,ze powinnam spac..ze oczy...w szkole na lekcjach pod lawka trzyymalam ksiazke..zabierali mi:)..za dobrych czasow bylam czestym gosciem w ksiegarni..kupowalam..kupowalam...teraz biblioteka..przyjaciele..a ksiazka to strawa do duszy..a ja taka lakoma:))..pozdrawiam ania

Brahdelt pisze...

Ja też od małego byłam otoczona ksiązkami, dostawałam je na każdą okazję i czytałam zachłannie wszystko, co mi wpadło w ręce. Bardzo nie lubie wyrzucać książek, nawet tych rozpadających się staroci czy przedawnionych podręczników, i nigdy nie będę popierać entuzjazmu mojego męża do PDA, w który można sobie załadować kilkaset książek i czytać z ekranu - dla mnie książka musi mieć swoją wagę, zapach farby drukarskiej i dotyk papieru! *^v^*