niedziela, 13 kwietnia 2008

kardamon leczy lęki egzystencjalne ...


Najpierw dygresja – staram się unikać oglądania TV, ponieważ to potwornie wciąga i człowiek traci czas, który mógłby wykorzystać na prawdziwe życie. Jednak najlepszy z niemężów postanowił, że w nowym sezonie Formuły 1 zafunduje sobie relacje ze wszystkimi szykanami i zakupił dodatkowy pakiet programów telewizyjnych w naszej kablówce. Wraz z nowymi programami sportowymi pojawiła się także moja Nemezis – kanał Discovery Travel&Living. Pokutuje teraz za miesiące spędzane z dala od telewizora ;-P Dla tych, którzy nie znają Discovery T&L – lecą tam same niemal programy podróżnicze, w tym większość z naciskiem na kulinaria. Moim ulubieńcem szybko stał się Anthony Bourdain i jego „No reservation”. Tony to znany nowojorski kucharz, ale mylilibyście się sądząc, że prowadzi sztywne programy w sterylnej kuchni pełnej gadżetów. Tony podróżuje po całym świecie, jada w prywatnych domach, przydrożnych budach i wszystkich miejscach, które być może nie oferują poprawnych warunków higienicznych, ale za to pyszne potrawy. Nie boi się zjeść ani surowego oka foki, ani bijącego jeszcze serca kobry, że o pieczonym odbycie guźca nie wspomnę. Już go lubicie? To dodam jeszcze, że facet jest cyniczny, ma szorstkawy styl bycia i wielki dystans do siebie i świata oraz nieco sarkastyczne poczucie humoru. Wszystko, czego mi potrzeba, żeby uwielbiać mężczyznę ;-) Podbił mnie kompletnie wygłaszając pewne hasło – spożywał właśnie jakąś chińszczyznę w obskurnym straganie na azjatyckiej ulicy i z szerokim uśmiechem zadowolenia powiedział: „Dziś przyjemność – jutro biegunka”. Trzeba być wielkim smakoszem, żeby świadomie skazywać się na nieprzyjemności po to, żeby poczuć w ustach niebo ;-)
No dobrze, powiecie – dygresja rozrasta się jak grzyb na ścianach komunalnych czynszówek, a my nadal nie wiemy co to ma wspólnego z kardamonem. Otóż – Tony w jednym z odcinków był w Libanie – zdążył nakręcić parę ujęć, gdy ekstremiści islamscy porwali izraelskich żołnierzy ( to był 2006 rok), za co w odwecie Liban został zbombardowany i w ogóle sytuacja zrobiła się dramatyczna. Oczywiście Tony nie zamierzał nic ukrywać i wiwisekcyjnie niemal pokazał wszystkie ich chwile aż do ewakuacji przez amerykańskich żołnierzy. Czekali kilka dni w hotelu pod miastem na ten ratunek – oczywiście w strachu przed tym, co może się zdarzyć. Tony zszedł do hotelowej kuchni i poprosił, żeby pozwolili mu coś ugotować. Powiedział, że gdy robi się strasznie odnajduje spokój w kuchni, bo tam wiadomo, że kucharze będą dowcipkować, żeby nie wiem co, a znane czynności przywracają równowagę. I coś w tym jest – w prawdzie w mojej kuchni spotkać można co najwyżej koty, ale gdy drobno siekam cebulę, regularna powtarzalność tej czynności wprawia mnie niemal w błogostan, gdy otwieram słoiczki z przyprawami i wącham ich aromaty, odpływam. Wiem, że gdy sięgnę po wypróbowany przepis, to efekt końcowy za każdym razem będzie nieco inny, w zależności od składników, mojego humoru, a nawet pogody, ale zawsze będzie to coś smacznego. To uspokaja, ściąga na ziemię, nie pozwala snuć w głowie czarnych scenariuszy.
Atak Mantry mnie zdołował, więc zawalczyłam z dołkiem przy pomocy kurczaka Korma. To cudowne, delikatne danie – uwielbiam te zmysłową niemal kremowość, subtelny aromat wielu przypraw. W dodatku nie jest skomplikowane. Mój przepis to zmodyfikowana wersja przepisu z książki pt. „Spice up your life, over 60 Indian recipes low in points” Cas Clarke. Wydali ją Weight Watchers, więc ma tę dodatkową zaletę, że przepisy nie są tuczące. Dostałam ją od Opakowanej i jest to jeden z najlepszych prezentów, jakie otrzymałam w życiu – uwielbiam gotować na podstawie tych przepisów ;-)

Ale ab ovo albo raczej od kurczaka zacznijmy ;-)
Na dwie osoby potrzebujemy:
2 średniej wielkości cebule, pokrojone w dość cienkie piórka,
Mięso z dwóch kurzych udek (kupuje całe udka, zdejmuję skórę, oddzielam mięso od kości, kroję niezbyt uważnie w niezbyt duże kawałki – tłuszcz i kawałki ze ścięgnami dostają koty ;-) Kiedyś używałam piersi kurzych, ale wierzcie – nie warto – piersi mocno się wysuszają podczas duszenia i są wiórowate, mięso z udek zachowuje wilgotność i fajną, mięsistą konsystencję,
2 duże ząbki czosnku, drobno posiekane,
5-cm kłącze imbiru, obrane i starte na tarce,
¾ łyżeczki mielonego cynamonu,
¾ łyżeczki mielonego kardamonu (najlepiej świeżo zmielonego, oczywiście),
1 łyżeczka kminu rzymskiego, zmielonego,
1 łyżeczka łagodnego chili (ja mieszam normalne chili pół na pół ze słodką papryką),
1 łyżeczka kurkumy,
1 jogurt Bałkański (340 g) firmy Maluta – w polskich warunkach ten najlepiej mi się sprawdza w gotowaniu – nie warzy się, zachowuje kremowość i nie jest kwaśny,
3 łyżki mielonych migdałów,
sól

Na patelni podgrzewamy ghee – a jak ktoś nie jest purystą i nie ma czasu na klarowanie masła, to może być i olej z pestek winogron. Gdy tłuszcz się rozgrzeje, wrzucamy do niego cynamon, kardamon, kmin, chili i kurkumę prażymy przez chwilę, aby przyprawy uwolniły swoje aromaty i dodajemy mięso, cały czas mieszając, obsmażamy parę minut, aby kurczak pokrył się równomiernie przyprawami i stracił surowość na zewnątrz. Teraz do rondla wsypujemy cebulę, dalej mieszamy i czekamy, aż piórka się rozpadną i zeszklą, dodajemy czosnek i imbir i jeszcze chwilę podsmażamy. Teraz dodajemy jogurt i migdały, mieszamy dokładnie, rondel przykrywamy i dusimy kormę pod przykryciem, na niedużym ogniu przez 15 minut. Na koniec doprawiamy solą. Podajemy z ryżem gotowanym z dodatkiem kurkumy i posypujemy świeżymi posiekanymi pomidorami – żeby nie było monochromatycznie i żeby nikt nam nie zarzucił, że nie jemy warzyw ;-)
Hmm – sądząc po długości posta, nikt mi chyba nie powie, że kardamon nie pomaga na smutki ;-)
PS: Mantra czuje się dobrze, mam nadzieję, że tak pozostanie dłuuuugo, bardzo długo.

6 komentarzy:

opakowana pisze...

No patrzaj pani, na cos sie przydalam ;))
U nas korma/kurma to zelazny punkt programu, bo Mlodsze Dziecko to uwielbia.
Dobrze, ze kotek sie dobrze czuje.
XXX

Herbatka pisze...

Trysiu, ty się zawsze przydajesz :-)

Pluszowo pisze...

Herbatko, piszesz chyba lepiej od Nigelli! I gdyby nie wizja salatki ziemniaczanej z kiszonymi ogorkami, ktora jest zaplanowana dzis na kolacje (kwasnego mi sie chce!!!), tobym zaraz leciala robic Twoje kardamonowe cudo...

Laura pisze...

A ja,niegodna,w takim towarzystwie! Teraz wiem (mniej więcej) co to poezja smaku. Organoleptycznie nie sprawdzę,bo mój niemąż twierdzi,że serca do gotowania nie mam. I słusznie. Z przypraw uznaję sól,pieprz,paprykę i duuużo kminku. Reszta jakby nie istniała. Wyczucia brak,miłości do czynności gotowania takowoż. Ne zmienia to faktu,że słuchać ,czytać na temat lubię. Zwłaszcza takie opisy jak Twój.
Nawet jakbym zgłodniała....:-))

sekutnica pisze...

Musze sobie w mordeczke tez w domu zasubsktybowac, ominelo mnie. Zrobie przy najblizszej okazji, bo piszesz smakowicie. Ogolnie lubie ten program, pamietam odcinek, kiedy czegos probowal i od razu zwymiotowal, hehehe.

Herbatka pisze...

Siostra, w twoim przypadku kwaśne jest jak najbardziej wskazane :-)
Lauro, sól, pieprz, papryka i kminek to całkiem dobra podstawa do smacznego gotowania - na przykład czegoś węgierskiego, mniam:-)
Seku - to chyba było jak jadł ten niezbyt oczyszczony odbyt guźca gdzieś w afrykańskiej sawannie ;-P